Po raz kolejny zostałam słomianą wdową. Mąż wypłynął na tydzień w morze. Nie lubię zostawać sama... Ciągle pamiętam Jego wyjazd do Iraku, miesiące szkoleń, wyjazdów, kursów i rejsów... Choć z drugiej strony, po ponad 5 latach małżeństwa i pewnych perturbacjach, to chyba dobrze, że wciąż tak bardzo za sobą tęsknimy a na co dzień miłość kwitnie?
Znów wszystko będzie na mojej biednej małej główce… W dwójkę o wiele łatwiej jest zająć się wszystkim, niż samej. Do tego listopadowa pogoda nie nastraja optymistycznie.
W czwartek mieliśmy w domu małą imprezę (nasza trójka plus znajomi z córkami)– takie a’la Halloween dla dzieciaków, z tym, że jedynymi elementami tego „święta” były: 1) poprzebierane dzieci, 2) przekąski (żelkowe oczy zrobiły furorę) 3) dwa dyniowe lampiony. ;) Dzieci (w liczbie trzech) od godziny 19:00 do 23:00 spędziły z nami może z 10 minut (tyle poświęciły na jedzenie). Pozostały czas to zabawa, zabawa i jeszcze raz zabawa. Krótko mówiąc: dzieci nas totalnie olały i zajęły się sobą.
Mój kociak.
Muszę (nieskromnie) przyznać, że pasuje mi ten kapelusz... ;)
Nasze lampiony.
Wczoraj mieliśmy dzień lenistwa. Okropność. Cały dzień „zmarnowany” w domu. Nie mogliśmy pojechać na cmentarz do mojej rodziny (ani nawet do rodziny męża) bo dziś rano mąż musiał stawić się w jednostce… Po południu wyciągnęłam moich chłopaków na spacer, więc może nie był to aż tak bardzo zmarnowany dzień. ;)
| Moje słońce. |
Jutro mają odwiedzić nas moi rodzice, więc na pewno nie będzie nudy. :)
Wystarczy tego pisania. Pora się zabrać za to, co tygryski lubią najbardziej, czyli... za planowanie najbliższego tygodnia.
Miłego weekendu.
No comments:
Post a Comment