Dzisiaj Gabryś bawił się na urodzinach koleżanki z przedszkola. Dzieciaki bawiły się na sali zabaw i chyba wszystkie były zadowolone :) Niemiłym akcentem z pewnością był mały wypadek, który przytrafił się Gabrysiowi - jeden z chłopców dosłownie wleciał na G. tak, że zderzyli się głowami. Tamten poleciał dalej, ale G. z dobre pół godziny marudził, że boli go głowa. Z początku z pewnością go bolało, ale później to chyba bardziej wstyd mu było, że się popłakał (ech, ci faceci).
Śmiać mi się z niego chciało, bo oczywiście, jak to na takich urodzinach, było malowanie buziek. No i G. od razu wymyślił, że chce, by pani namalowała mu pociąg na twarzy... ale jak już pani chwyciła za pędzel, to G. chciał mieć... motyla! Czyli podobnie, jak dziewczynki, które znał. ;) No i mój syn, jako jedyny, był Panem Motylem. ;)))
Wczoraj byłam na zebraniu w przedszkolu. Temat przewodni to: co dalej z naszymi biednymi maluchami? Czy mają iść rok wcześniej do szkoły tylko po to, by szybciej zaczęli płacić podatki? Czy też mają mieć normalne dzieciństwo, takie jak ich rodzice?
Według najnowszych ustaleń my, z racji tego, że Gabryś jest z drugiej połowy roku mamy komfort wyboru. Od września G. będzie miał "zerówkę" przedszkolu. Za rok będzie mógł pójść do 1-klasy lub zostać w zerówce. Na dzień dzisiejszy ustaliliśmy z S., że jeśli Gabryś do tego czasu nauczy się czytać, pisać i jeśli naszym zdaniem będzie emocjonalnie gotowy do pójścia do szkoły, to poślemy go do 1-klasy jako 6-latka. A jeśli nie będzie na to gotowy - to pójdzie jako 7-latek z (z dziećmi z rocznika 2009). Celowo napisałam emocjonalnie gotowy pismem pogrubionym, bo to jest naszym zdaniem priorytetowa przesłanka do posłania/nieposłania go do szkoły jako 6-latka.
Znaleźliśmy już szkołę, która w naszym przekonaniu jest najlepsza, ale o niej napiszę najwcześniej za rok. ;)
Na szczęście nie samą "zerówką" człowiek żyje. Na zebraniu dostaliśmy też II część prac plastycznych Gabrysia. Jestem oczywiście pod wielkim wrażeniem tych prac - dla mnie są to małe arcydzieła. Nawet nie mam zamiaru być tutaj obiektywna. Moja opinia jest stricte subiektywna i nie wstydzę się tego.
Wiemy też, że od września będziemy mieli kolejne karty pracy, z tym że już trochę bardziej zaawansowane (w końcu trzeba dzieci przygotować na to, co będzie je czekać w szkole). Panie mają nam przygotować płytę ze zdjęciami z całego roku. Myślę, że to będzie super pamiątka, nie tylko dla dziecka ale i dla nas, rodziców. No i oczywiście dostaniemy już listę - wyprawkę, tak, abyśmy w wakacje mogli już kupić część rzeczy i nie zostawiać wszystkiego na wrzesień.
W niedzielę zaprosiliśmy znajomych na grilla na naszej działce. Dzieciaki bawiły się w przyniesionych przez nas zabawkach (mamy już tam mały plac zabaw ;) jest piaskownica, zjeżdżalnia, kilka wielkich samochodów Wadera i cała masa drobnych zabawek). A my mogliśmy posiedzieć przy % i pogadać. ;)
Oprócz tego Gabryś był u fryzjera i teraz ma... irokeza. Wygląda super. ;)
Co u mnie? W sobotę mam egzamin z prawa karnego a potem spokój i labę aż do kampanii wrześniowej. ;) Umówiłam się w końcu na farbowanie do mojej stałej fryzjerki (ilość siwych włosów na mojej głowie mnie przeraża) w lipcu. Muszę jeszcze jakoś wykombinować wolny termin na zrobienie paznokci, bo jakoś tak głupio w pracy przed klientami z takimi zniszczonymi paznokciami. Coraz bardziej podobają mi się sprawy kadrowe i staram się być zawsze na bieżąco.
Kurcze, fajnie jest mieć pracę itd. ale dobra niesamowicie mi się skurczyła! Ciężko jest to czasami ogarnąć tak, by nie ucierpiało na tym ani dziecko, ani dom, ani ja sama. Duży plus należy się mojemu mężowi, bo włączył się w obowiązki domowe i jak tylko może to robi to, co trzeba. Może nie prasuje i nie wstawia prania, ale za to myje okna, podłogi, odkurza. Aż przyjemnie popatrzeć.
Weekend spędzamy z Gabrysiem sami, we dwójkę. Mój marynarzyk musi być na okręcie i jest bardzo niewielka szansa na to, że będzie mógł choćby wrócić na noc do domu. Ale nie ma tego złego... Mam już plany na weekend i oby tylko pogoda dopisała.
Wednesday, June 26, 2013
Tuesday, June 18, 2013
Breaking news.
Dzisiaj w punktach najświeższe wiadomości z marynarskiego świata ;)
1. Zdecydowanie najważniejszą wiadomością jest to, że mieliśmy dzisiaj kontrolną wizytę u laryngologa z G. i doktorek powiedział nam, że a) migdałki wyglądają całkiem dobrze, choć 3 migdał ma tendencję do powiększania się (znaczy się, tak czy siak będziemy musieli to w miarę często kontrolować), b) prawe uszko jest w pełni zdrowe, c) lewe jeszcze jest trochę przytkane, ale widać już poprawę w stosunku do tego co było. Dlatego odstawiamy wszystkie "magiczne kropelki pana doktora". Najnowsze zalecenia to Nasonex raz dziennie do każdej dziurki do nosa i 2-3 razy w tygodniu ćwiczenia z dmuchaniem w słomkę zanudzoną w wodzie. Następna kontrola na początku sierpnia. Doktorek dał nam zielone światło na lody - choć mamy się pilnować, bo lody dozwolone są raz na jakiś czas i w małych ilościach. Ale dla G. ta wiadomość była zdecydowanie najważniejsza - w końcu może jeść lody! a nie tylko patrzeć na to, jak inne dzieci je jedzą.
2. W piątek miałam egzamin z prawa pracy. Pani dr obiecała nam, że nikt tego testu nie zaliczymy i... pomyliła się tylko w niewielkim stopniu, bo z całego roku zaliczyło tylko 5 (?) osób, z czego 4 otwarcie powiedziały, że strzelały. Podobno głupi zawsze ma szczęście. Cóż, ja go nie mam. Choć w sumie to powinnam się cieszyć - widać nie jestem głupia. ;)
3. Po piątkowym egzaminie zrobiliśmy nalot na Ikeę w celu nabycia drogą kupną pojemników vel koszy na śmieci (ot i skutek tzw. ustawy śmieciowej). Śmiać mi się chciało, bo gdy tak chodziliśmy po tej Ikei, to każdy, absolutnie każdy brał któreś z koszy na śmieci. ;) O tym, że Ikeę kocham miłością bezgraniczną i, niestety, nieodwazajemnioną (gdyby Ikea kochała mnie, a nie moje pieniądze, to przecież nie miałabym teraz takiej pustki w portfelu, prawda? ;) pisałam już nie raz. Także oprócz nowych koszy do domu przywiozłam m.in. nową lampę podłogową, ramkę na ślubne zdjęcie (5 lat po ślubie, to wypadałoby w końcu oprawić ślubne zdjęcie, prawda?), stolik pod akwarium w pokoju G. i całą furę pierdółek dla G. (mamo! patrz jaka fajna sowa! mamo! patrz jaki śliczny wążyk, mamo! ja mam taką dużą marchewę, brakuje mi tej małej, o mamo patrz! pisaki! farbki! i... ;) Na kolejkę drewnianą nie dałam się naciągnąć. ;) Podziwiam mojego syna za to, że tak lubi ten sklep. Serio. To jedyne znane mi dziecko, które z radością jedzie do Ikei pochodzić po niej, a nie do tej sali zabaw w sklepie. ;)
4. W sobotę zaliczyłam prawo cywilne. Ustnie. W sensie, że egzamin był ustny ;) Nie cierpię tej formy zaliczenia. Założyłam czerwoną kiecę, szpilki i voila!
5. Wczoraj mieliśmy w przedszkolu festyn rodzinny. Byłam w zaszczytnym gronie sponsorów, bo jako jedna z mam upiekłam ciacho, które potem panie kucharki sprzedawały. Dochód przeznaczony został m.in. na pokrycie kosztów festynu (opłacenie wynajętego pana z kabaretu, który prowadził całą imprezę) a to, co ewentualnie zostanie/ło trafi do dzieci. Moje ciasto zniknęło w ciągu 15 minut i nawet nie zdążyłam go posmakować. Widać, było naprawdę dobre. ;)
Sam festyn był bardzo fajny - masa konkursów dla dzieci i ich rodziców, muzyka, tańce no i pan, który to prowadził - przebrany za Robin Hooda. Świetny był. ;) Może jestem stronnicza, ale my całą rodziną lubimy kabarety, więc jak dla nas było naprawdę fajnie. G. wygrał 2 konkursy (jeden wspólnie z S.).
6. W czwartek mamy w przedszkolu zajęcia pokazowe z języka angielskiego, podsumowujące cały rok pracy pani A. z dziećmi. Muszę naładować kamerę i nagrać te zajęcia. ;)
7. W niedzielę umówiliśmy się na grilla ze znajomymi na "naszej" działce. Tak myślę, że zrobię karkówkę, szaszłyki drobiowe i kiełbaski. Do tego jakieś surówki (na pewno z ziemniaków (ziemniaki, czosnek, cebula, jogurt naturalny, majonez) - do karkówki jest idealna. I pewnie ze 2 "zielone". Machnęłabym i ciasto, ale mój piekarnik odmawia współpracy. :/
8. 29.06 mam ostatni egzamin w tej sesji (przed kampanią wrześniową) z prawa karnego, także od 2 dni zaczytuję się w książce J. Waryleskiego Prawo karne. Część ogólna. O książce tej napiszę osobną notkę, bo znalazłam w niej takie perełki, że ho-ho. ;)
Przede mną jeszcze mały romans z k.k. i k.w. :)
Miłego tygodnia kochani. :)
P.S. Jak widzicie, po prawej pojawiła się ikonka Instagramu. To mój sposób, na pokazanie Wam moich/naszych zdjęć. Mam nadzieję, że najbardziej zainteresowanych to nie odstarszy! ;)
P.S. Jak widzicie, po prawej pojawiła się ikonka Instagramu. To mój sposób, na pokazanie Wam moich/naszych zdjęć. Mam nadzieję, że najbardziej zainteresowanych to nie odstarszy! ;)
Labels:
działka,
Gabryś,
laryngolog,
przedszkole,
studia,
zakupy
Tuesday, June 11, 2013
Weekend.
Jestem. Żyję. ;) Chciałam napisać już wcześniej, ale jak już pisałam - mam wstręt do komputerów, a w domu laptopa włączam tylko wtedy, kiedy muszę.
W sobotę byliśmy na plaży. Gabryś z lubością kopał doły w piasku (koniecznie musiał dokopać się do wody) i nawet pomoczył chwilę nogi w morzu (a woda zimna! podziwiam ludzi, którzy się kąpali - to chyba morsy ;) G. oczywiście tak się spodobało taplanie w wodzie, że po chwili musiał biegać w samych majtkach, bo koszulkę zamoczył. ;) Pobiegał tak może z pół godziny - a wieczorem plecki miał czerwone (nie jakoś mocno, bo nawet się nie skarży). S. za to wyglądał jak rasowy rak - calutki czerwony ;) ale tak to jest, jak się "w stringach" po plaży paraduje. ;)))
Przed 13-stą wróciliśmy na obiad do domu, a wieczorem pojechaliśmy jeszcze na Molo i Skwer, gdzie raczyliśmy się gorącą czekoladą (G. nadal nie może jeść lodów).
W niedzielę z rana stawiłam się na pierwszym w tej sesji egzaminie... a zaraz po nim pojechaliśmy do moich rodziców. Był grill, popołudnie spędzone na podwórzu (strasznie mi tego brakuje w mieście) a później Targi Rolnicze. Myślałam, że G. zainteresują zwierzęta, które są tam wystawione (świnie, krowy ale też króliki itp.), a Jego nie interesowało nic - tylko wesołe miasteczko. ;) Pojeździł kilka razy na samochodach, szalał na dmuchanej zjeżdżalni (oczywiście największej, jaka tylko była) i... padł jak mucha w drodze do domu. Lubię te targi - zjeżdżają się wtedy nie tylko hodowcy, ale też najróżniejsi handlarze i można tam kupić chyba wszystko - od ciuchów, przez jedzenie, po najróżniejsze rośliny. Ja zawsze zaopatruję się tam w... przyprawy. Uwielbiam takie świeże przyprawy, bez jakichkolwiek dodatków - prosto od (małego) producenta a nie wielkiego koncernu. Takie przyprawy mają o wiele lepszy smak.
A w poniedziałek znów do pracy. ;)
S. jeszcze w niedzielę obiecał mi, że "jutro wysprząta mieszkanie na błysk". Ja w poniedziałek nie miałam zamiaru sprzątać - tylko kurze starłam, bo to akurat strasznie mnie denerwuje. Zrobiłam dobry obiad (karkówka, pieczone ziemniaki, sałatka z ogórków) i tyle z mojej "pracy" w domu. ;) Wczoraj przypomniałam S. o tym, że podobno mieszkanie miał wysprzątać - no i stwierdził, że jutro to zrobi. No i faktycznie - dzisiaj do pracy poszedł na popołudnie, więc mieszkanie wysprzątał. Nawet okna mi umył. Jestem pod wrażeniem. ;)
W piątek po południu mam egzamin i... chyba zrobię sobie wolne z tej okazji. Mogłabym np. umówić się do fryzjera ;)
W sobotę byliśmy na plaży. Gabryś z lubością kopał doły w piasku (koniecznie musiał dokopać się do wody) i nawet pomoczył chwilę nogi w morzu (a woda zimna! podziwiam ludzi, którzy się kąpali - to chyba morsy ;) G. oczywiście tak się spodobało taplanie w wodzie, że po chwili musiał biegać w samych majtkach, bo koszulkę zamoczył. ;) Pobiegał tak może z pół godziny - a wieczorem plecki miał czerwone (nie jakoś mocno, bo nawet się nie skarży). S. za to wyglądał jak rasowy rak - calutki czerwony ;) ale tak to jest, jak się "w stringach" po plaży paraduje. ;)))
Przed 13-stą wróciliśmy na obiad do domu, a wieczorem pojechaliśmy jeszcze na Molo i Skwer, gdzie raczyliśmy się gorącą czekoladą (G. nadal nie może jeść lodów).
W niedzielę z rana stawiłam się na pierwszym w tej sesji egzaminie... a zaraz po nim pojechaliśmy do moich rodziców. Był grill, popołudnie spędzone na podwórzu (strasznie mi tego brakuje w mieście) a później Targi Rolnicze. Myślałam, że G. zainteresują zwierzęta, które są tam wystawione (świnie, krowy ale też króliki itp.), a Jego nie interesowało nic - tylko wesołe miasteczko. ;) Pojeździł kilka razy na samochodach, szalał na dmuchanej zjeżdżalni (oczywiście największej, jaka tylko była) i... padł jak mucha w drodze do domu. Lubię te targi - zjeżdżają się wtedy nie tylko hodowcy, ale też najróżniejsi handlarze i można tam kupić chyba wszystko - od ciuchów, przez jedzenie, po najróżniejsze rośliny. Ja zawsze zaopatruję się tam w... przyprawy. Uwielbiam takie świeże przyprawy, bez jakichkolwiek dodatków - prosto od (małego) producenta a nie wielkiego koncernu. Takie przyprawy mają o wiele lepszy smak.
A w poniedziałek znów do pracy. ;)
S. jeszcze w niedzielę obiecał mi, że "jutro wysprząta mieszkanie na błysk". Ja w poniedziałek nie miałam zamiaru sprzątać - tylko kurze starłam, bo to akurat strasznie mnie denerwuje. Zrobiłam dobry obiad (karkówka, pieczone ziemniaki, sałatka z ogórków) i tyle z mojej "pracy" w domu. ;) Wczoraj przypomniałam S. o tym, że podobno mieszkanie miał wysprzątać - no i stwierdził, że jutro to zrobi. No i faktycznie - dzisiaj do pracy poszedł na popołudnie, więc mieszkanie wysprzątał. Nawet okna mi umył. Jestem pod wrażeniem. ;)
W piątek po południu mam egzamin i... chyba zrobię sobie wolne z tej okazji. Mogłabym np. umówić się do fryzjera ;)
Wednesday, June 5, 2013
O uczelni, pracy i o tym, jak mi dobrze tu i teraz.
Dzisiejszy wieczór sponsoruje butelka czerwonego wina (a właściwie ostatnia lampka czerwonego wina ze wspomnianej butelki).
Odstresowywałam się po wczorajszych zaliczeniach na uczelni. Do tego lepiej mi się uczy przy kieliszku wina ;) paragrafy łatwiej wchodzą do głowy. Także dzisiaj nie tyle się odstresowuję, co mam zamiar się uczyć. Jak tylko skończę pisać posta. I sprzątać w mieszkaniu.
Kolokwium z prawa pracy zaliczone na ocenę jak najbardziej pozytywną. Nawet dowiedziałam się, że czuję prawo pracy a to rzadko się spotyka oraz, że mam nadalej iść w tym kierunku. Nie mówię nie Kadry bardzo mi się podobają, o wiele bardziej niż księgowość, w której pracuję.
Ciekawi mnie natomiast wynik z kolokwium z prawa adminnistracyjnego - moje być lub nie być na uczelni. Ćwiczenia mamy z tak wredną babą, że aż słów na nią szkoda. Nie wiem, jak prostym człowiekiem trzeba być, by upierdzielanie studentów mogło sprawiać aż taką przyjemność... Mam nadzieję, że zaliczyłam to paskudztwo.
Myślałam, że jak mój Marynarz wróci z rejsu, to wieczory będziemy spędzać razem, a tu d...pa. Wczoraj wziął służbę. Dzisiaj wróci dopiero po północy. Czarownie po prostu. Ciekawe, co wymyśli na jutro?
W pracy jest dobrze. Zresztą, dlaczego miałoby nie być? :) W porównaniu do "siedzenia" w domu to jest to istna sielanka. W domu zawsze jest coś do zrobienia, a nawet jak się wysprząta mieszkanie na błysk, to zaraz wleci do mieszkania jak tornado G. i "błysk" pozostaje wspomnieniem. ) W pracy też, ale: 1) siedzę sobie po 4 godziny dziennie, 2) mam czas na spokojne wypicie kawy (to wtedy, gdy jest mniej pracy), 3) z dziewczynami możemy się pośmiać, 4) szefowa to naprawdę świetna kobieta 5) nikt nie marudzi, nie ma buntu 2-3-4-5-100 latka 6) i jeszcze mi za to płacą, hehe.
Tak. Ja w pracy ewidentnie odpoczywam. ;) A po pracy z radością wracam do domu odbierając po drodze G. z przedszkola i z pasją słucham tego, co mówi, odpowiadam na te miliony pytań i nie mogę się nim nacieszyć. Myślę, że tak właśnie powinno być.
Oczywiście, nie zawsze jest tak różowo. Przed 20-stym mamy w pracy młyn - nie mamy czasu na pójście do toalety, nie wspominajac o innych rzeczach.
A ta satysfakcja, gdy płacę za kolejną parę szpilek, nowe firanki czy jakieś ciuszki dla G. za swoje własne pieniądze i mężowi nic do tego - absolutnie bezcenna. ;)
Chwilo, trwaj! :)
P.S. Jeśli kogoś przez przypadek pominęłam w linkach po lewej - niech zostawi adres swojego bloga w komentarzu. Wydaje mi się, że o wszystkich pamiętałam, ale pewna na 100% nie jestem. ;)
P.P.S. Dziękuję, że tu za mną przyszliście. ;) Miłego wieczoru. Ja kończę moją lampkę wina i zmykam w objęcia Morfeusza ( z braku męża, hehe).
Sunday, June 2, 2013
The beginning.
W końcu, po wielu miesiącach kombinowania, wymyślania i rozpisywania - zmieniłam adres bloga. Mam nadzieję, że ten adres będzie "szczęśliwszy" niż poprzedni. :) Nosiłam się z tym zamiarem już dobrych kilka miesięcy - tylko jakoś za Chiny Ludowe nie mogłam wymyśleć dla siebie nowego nicku. W komentarzach na razie będę posługiwać się starym, żebyście się przyzwyczaili. ;)
Dzisiejszy wieczór po prostu muszę jakoś uczcić - to ostatni wieczór, gdy mogę powiedzieć o sobie słomiana wdowa. Tak, tak, kochani... Jutro Pan Marynarz wraca do domu i Pani Marynarzowa nie będzie już dłużej słomianą wdową (a przynajmniej nie tak prędko znowu nią zostanie - mam nadzieję).
Z tej okazji chyba otworzę sobie winko... ;) A co tam będę sobie żałować. Nie będę taka - Was też zapraszam. Dla każdego znajdzie się coś dobrego. Ja ostatnio preferuję białe wina, ale znajdzie się i czerwone, i różowe a i mocniejsze trunki mogę pożyczyć z barku Pana Marynarza. ;)
(zdjęcie pchodzi ze strony gazetatrend.pl)
To jeszcze nie koniec zmian, ale wszystko w swoim czasie. Mam nadzieję, że z czasem uda mi się tutaj stworzyć fajną atmosferę, poustawiać wszystko po swojemu i zacząć pisanie.
No to teraz tylko siup do wanny, potem winko, kilka ustaw i ta porażająca swą wielkością sterta ubrań do prasowania - to taki mój plan na wieczór. ;)
Wszyscy dotarli na mój/nasz nowy adres? Meldujcie się w komentarzach. ;)
Subscribe to:
Comments (Atom)