Zbieram się do napisania posta już drugi tydzień i jakoś zebrać się nie mogę... ;)
Gabryś zaliczył pierwszą poważną wizytę u dentystki, która "zakleiła" mu jedynki. Gdy dentystka zaczęła mu wiercić w zębie, o mało co nie zeszłam na zawał (myślałam, że zaraz pewnie zacznie się lament) a mój syn jak gdyby nigdy nic siedział spokojnie na fotelu! Jedyne, co mu się nie podobało to ten ssak do śliny, który miał w buzi... No szok po prostu!
Wykorzystaliśmy długi weekend (15-18) i przemalowaliśmy przedpokój i pokój G. Początkowo chciałam "malować" razem z G., ale po zastanowieniu jednak zawieźliśmy go do dziadków na wieś. Mam teraz przedpokój w kolorze latte macchiato (boski!) i pokój G. w kolorze "minimalistycznego beżu". Korzystając z okazji, że byliśmy tylko we dwójkę pojechaliśmy do Ikei (nowe półki do pokoju G., ramki na zdjęcia i inne duperele) i znaleźliśmy stół do pokoju dziennego. Znaleźliśmy też stół do pokoju dziennego, ale z jego zakupem jeszcze musimy się wstrzymać (na dzień dzisiejszy nie mamy wystarczająco dużo miejsca).
Naprawdę nie lubię zostawiać G. gdzieś na dłużej. Mam wyrzuty sumienia. Pocieszam się tym, że Młody naprawdę lubi zostawać u dziadków na wsi. Ma tam do dyspozycji nie tylko całe podwórko, ale i dziadka na wyłączność, który bawi się z nim bez przerwy.
Kolejny tydzień upływał pod znakiem roweru, a konkretnie nauki jazdy. Po 2 miesiącach zawieszenia nauki (Bo tata ciągle mnie zmusza! - jak stwierdził G.) w końcu udało nam się namówić go na kolejne próby. Być może przyczynił się do tego fakt, iż mój mąż kupił sobie rower. Teraz Gabryś siedzi sobie wygodnie na rowerku, uczy się jeździć a my (na zmianę) biegamy za nim. ;) Jeszcze trochę i powinien w końcu trzymać równowagę. A na razie my, rodzice, mamy darmowy jogging hehe.
W weekend mieliśmy gości. Przyjechała do nas kuzynka S. z mężem (i siostrą). Także weekend mieliśmy "dość" aktywny. W piątek byliśmy w Akwarium Gdyńskim (wow! Mama! Jakie ryby!). W sobotę pojechaliśmy do Aquaparku, gdzie moczyliśmy się przez 3 godzinki (i aż żal nam było stamtąd wychodzić, hehe). Po raz pierwszy wzięliśmy Gabrysia na zjeżdżalnię (żółtą, w wersji light). Nawet ja się przełamałam i zjechałam (wszyscy słyszeli mój krzyk, hehe).
W niedzielę podbijaliśmy U7, znaczy się, poszliśmy na kręgle. Poszliśmy dużą grupą, więc naprawdę było wesoło (nasza trójka, kuzynka z mężem i siostrą, moi rodzice z siostrzeńcem i gratis moja siostrzenica ;). Największą frajdę miał z tego Gabryś. ;) Niebawem znów musimy się wybrać.
Wakacje powoli się kończą... tzn. ja w zasadzie nie odczułam tego, że mamy w tym roku jakieś wakacje, bo i tak w tygodniu chodzę do pracy... Ale nie da się ukryć, że lato powoli się kończy. W tym tygodniu chcemy załatwić sprawę "wyprawki" przedszkolnej. Nie mogę uwierzyć w to, że to będzie nasz ostatni rok w przedszkolu a po nim moje dziecko pójdzie do 1 klasy! Niemniej, pewne zakupy trzeba poczynić już teraz (mamy już listę od pań) i oprócz bloków, farbek, klejów i innych tego typu musimy kupić nowy strój na gimnastykę, kapcie przedszkole, nową szczoteczkę do zębów i pastę, ciuchy (kilka par spodni i kilka bluzek), kurtkę jesienną i ocieplacz i jakieś buty do biegania na podwórku (adidasy juz kupiliśmy).
Poza tym we wrześniu planujemy zapisać Gabrysia na karate/judo (lub coś innego, gdzie się trochę "wyskacze"). Zastanawiam się też nad zapisaniem go na basen, choć z drugiej strony sama chciałabym chodzić na basen (i może w końcu nauczyć się pływać). Także basen stoi jeszcze pod znakiem zapytania, bo może po protstu zamiast zapisywać Gabrysia na takie zajęcia 2-3 razy w miesiącu będziemy chodzić cała rodziną.
Monday, August 26, 2013
Thursday, August 8, 2013
Przed pracą.
Nie myślcie, że zmieniłam swój blog na bloga podróżniczego. ;) W tygodniu po prostu mam zdecydowanie mniej czasu niż w weekend i chyba nikogo nie dziwi, że nie po drodze mi do komputera. W końcu za oknem prawdziwe lato! No ok. Dzisiaj po „prawdziwym lecie” nie ma już śladu, bo temperatura spadła do „zaledwie” 17 stopni (wczoraj o 18-stej było u nas 30 stopni).
Przez ostatnie dwa tygodnie udało nam się załatwić całkiem sporo spraw.
Gabryś odwiedził dentystkę. Ząbki ma zdrowe, tylko z próchnicą butelkową na jedynkach musimy się w końcu rozprawić i dlatego za tydzień idziemy na kolejną wizytę – „malowanie ząbków” jak to określiła p. dentystka. (Nie będziemy lapisować, tylko oczyścimy to na ile się da, zabezpieczymy i zakleimy gdzie trzeba).
Dzisiaj wyjeżdżamy do moich rodziców. Jak tylko wrócę z pracy, oczywiście. Plan jest taki, że chłopcy będą chodzić na ryby jest taki, że chłopcy będą chodzić na ryby, ja będę „nicnierobić”, a w sobotę chyba pojedziemy na Zamek w Malborku.
Od 3 dni nasze dziecko jest na wakacjach. Chciał zostać u dziadka (mojego teścia) a my nie mieliśmy nic przeciwko. I tak codziennie się widzimy, bo teście mieszkają kilka km od nas. ;)
W pracy powoli kończymy sezon urlopowy (znaczy się inni kończą, bo ja urlopu nie mam). Przez ostatnie 3 tygodnie mieliśmy chwile, że już naprawdę nie wiedzieliśmy w co ręce włożyć. Klienci mają jakieś dziwne wyczucie czasu – dzwonią wszyscy na raz, albo jeden po drugim. ;)
Odeszła od nas jedna dziewczyna i szukamy kogoś na jej miejsce. Przez ostatnie 4 dni przychodziła starsza babka (50+) i to była kompletna porażka. Na rozmowie kwalifikacyjnej mówiła, że prowadziła księgi handlowe, a w praktyce się okazało, że tylko wprowadzała dokumenty a ktoś inny zamykał firmy. Ta babka po prostu kłamała. W pracy wszystko myliła (np. KW z KP), robiła podstawowe błędy przy wprowadzaniu dokumentów (złe daty, zamiast gotówki – przelew, wprowadzała wszystko jak leci nawet nie weryfikowała co klient kupił – a klienci na firmę potrafią kupić nawet farbę do włosów dla żony, choć zakładem fryzjerskim nie są). Dzisiaj ma przyjść młodsza dziewczyna. Sama jestem ciekawa, jak będzie. Zwłaszcza, że chciałabym wziąć choć 2 firmy po tej poprzedniej pracownicy dla siebie… Trzeba będzie pogadać z szefową. ;)
Dostałam w końcu kartę płatniczą do mojego osobistego konta. Także mogę szaleć. ;) Wczoraj „zaszalałam” płacąc za zakupy w Lidlu, hehe. ;)
Ok. Pół godziny do wyjścia do pracy. Miłego weekendu Wam życzę! :)
P.S. Dzisiaj obchodzimy z mężem 5-tą rocznicę ślubu. Jak ten czas leci!
P.S. Dzisiaj obchodzimy z mężem 5-tą rocznicę ślubu. Jak ten czas leci!
Sunday, August 4, 2013
Wakacyjnych wypraw część II - Hel
Na wczoraj zaplanowałam wycieczkę na Hel. Nie była to nasza pierwsza wyprawa w te rejony. Byliśmy tam 5 lat temu, gdy byłam w ciąży. Dlatego wiedzieliśmy już mniej-więcej czego się spodziewać, gdzie pójść, a co sobie darować. Żeby było nam weselej, zaprosiliśmy na wycieczkę moich rodziców i siostrzeńca.
Z racji tego, że chcemy zapewnić Gabrysiowi jak najwięcej atrakcji na Hel popłynęliśmy katamaranem Onyx. Rejs trwa równą godzinę. My najpierw zajęliśmy sobie miejsce przy stoliku na dolnym pokładzie tak, aby w spokoju zjeść śniadanie (w domu nie zdążyliśmy). Później wyszliśmy z Gabrysiem na zewnątrz podziwiać widoki.
Obowiązkowo na Helu trzeba przejść się do fokarium. Za jedyne 5 zł/os można podziwiać sobie foki do woli. Trzy razy dziennie, o określonych godzinach odbywa się karmienie fok. W tym roku nie udało nam się tego zobaczyć, ale 5 lat temu - tak. Fajnie to wygląda.
W południe obowiązkowo musieliśmy się wszyscy napić kawy, więc zaszliśmy do znanej nam już z poprzedniej wyprawy kawiarni. Moje mrożone latte było wyśmienite - pozostali również byli zadowoleni, także z czystym sumieniem mogę Wam polecić kawiarnię Caffe Domek.
Następnie udaliśmy się na plażę, na cypel. Wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że plaża w tym miejscu będzie o wiele "ciekawsza" niż od strony zatoki. Otwarte morze to zupełnie inna bajka. W Zatoce Gdańskiej to bardziej brudny kisiel niż morze. ;) Dlatego prawie 4 godziny przesiedzieliśmy na plaży. Gabryś uwielbia plaże, dlatego przez większość tego czasu bawił się sam - budował wały obronne. Skąd ten pomysł? Otóż aby dojść do cypla przechodzi się obok licznych fortyfikacji z II wojny światowej, a że Gabryś jest już jako tako zaznajomiony z tym tematem to cała Jego zabawa była związana z obroną Helu przed Niemcami. ;) Nawet w drodze udało udało mu się kupić 2 zestawy czołgów ;)
Na plaży było nam bardzo przyjemnie - słońce, lekki wiatr, czysta woda. To jest życie... Ale już wczoraj wieczorem moja twarz wyglądała tak, jakbym namalowała sobie barwy wojenne. ;) Generalnie te części ciała, których nie zakryłam ubraniami - mam idealnie czerwone. ;)
Po wylegiwaniu się na plaży i zjedzeniu obiadu w jednej z restauracji nadszedł czas na zakup pamiątek. ;) Panowie poszli na plażę, a ja z mamą ruszyłyśmy na łowy. Udało mi się kupić statek (pierwszy raz w życiu udało mi się stargować cenę) i obowiązkowo magnes na lodówkę. Gabryś wrócił z 2 zestawami czołgów i piracką flagą. ;)
Także wypad był udany. :) Za tydzień kolejna odsłona.
Subscribe to:
Comments (Atom)