Sunday, July 28, 2013

Wakacyjnych wypraw część I - Jarmark Św. Dominika

Sezon wakacyjny uważam(y) za rozpoczęty.

Dzisiaj "zaliczyliśmy" Jarmark św. Dominika w Gdańsku. Ponieważ chcieliśmy zapewnić Młodemu jak najwięcej atrakcji postanowiliśmy pojechać na jarmark komunikacją miejską, a konkretnie autobusem na dworzec w naszym mieście, a potem pociągiem (skm) do Gdańska. Radości Gabrysia (wiernego fana pociągów) chyba nie muszę opisywać? ;) Szkoda tylko, że przez tłumy szczelnie wypełniające pociąg nie udało nam się zrobić żadnego zdjęcia... Może następnym razem. 

Gabryś, zaopatrzony we własny plecaczek na zakupione skarby, dzielnie wyruszył w podróż. 

(Tutaj, jak zresztą widać, nie miał ochoty na robienie zdjęć) ;)

Na dzisiaj zaplanowaliśmy tylko Jarmark i związane z tym atrakcje, a darowaliśmy sobie zabytki. 




Trafiliśmy na wystawę najlepszych (podobno) prac dyplomowych gdańskiej ASP.


- Mamo, a możemy jednego kupić?




Obowiązkowo musieliśmy przejść przez bramę.




Przejście Jarmarku zajęło nam jakieś 3 godziny. :) Pewnie bylibyśmy tam dłużej, ale mamy w planach jeszcze jeden taki wypad.


***

Wczoraj wylegiwaliśmy się na plaży - Babie Doły (jakieś 6 km od naszego domu). 

W tle, za Gabrysiem, torpedownia.

 


I pomyśleć, że kilkadziesiąt lat wcześniej na tej plaży jeździł Rudy z załogą (to akurat najbardziej zainteresowało Gabrysia) a II wojna światowa pozostawiła na niej "to i owo".


P.S. Chyba powrócę do wrzucania zdjęć na bloga. Od razu zrobiło się tu... "weselej". ;)

Thursday, July 25, 2013

Przy piątku.

Chciałam pisać przedwczoraj i wczoraj wieczorem, ale... na dobre wsiąknęłam w oglądanie nowego (nowego dla mnie) serialu - True Blood. Na razie w zasadzie to bardziej próbuję przebrnąć przez te wszystkie sceny seksu (serio, czy tego musi być aż tyle w tym serialu? i czy naprawdę są ludzie, którym aż tak często się chce? ;) i znaleźć jakąś fabułę (inną niż seks).

Normalnie to nie miałabym tyle czasu na seriale, ale z racji tego, że w środę obudziłam się chora (i to tak konkretnie chora, że nawet z łóżka nie mogłam się ruszyć) zadzwoniłam do szefowej powiedzieć tylko, że nie dam rady do końca tygodnia pójść do pracy. Wszystko co powinnam była zrobić - zrobiłam, więc "bez stresu" mogłam te 3 dni chorować. Dzisiaj już jest lepiej. Na szczęście. ;) Bo dzisiaj przyjeżdża do mnie rodzina i ktoś musi wypucować mieszkanie i pójść po jakiś tort. Dobrze, że blisko mam CH. ;)

W chorowaniu dzielnie towarzyszył mi G. Kaszlał jak gruźlik. Po podaniu syropu z cebuli mojej produkcji ;) przeszło mu w ciągu kilku godzin. Wielkie ufff... (Syrop mojej produkcji, nie cebula ;)

Wczoraj wieczorem, gdy rozmawiałam z S. o jutrzejszym (a w zasadzie to dzisiejszym) dniu powiedziałam, że przez te imieniny muszę pójść po jakieś ciacho itd. Gabryś, który przysłuchiwał się naszej rozmowie od razu podchwycił temat i ubzdurał sobie w tej małej główce, że: skoro mama ma imieniny, a imieniny to takie małe urodziny, to trzeba upiec tort, nadmuchać balony, zrobić laurkę i kupić prezent. ;))) I on już ma wizję, jak wszędzie rozwieszamy balony itd... O losie...

Poza tym dostałam już prezent. Od męża. Ciągle jestem w wielkim szoku, bo... dostałam złoty zegarek. No wow po prostu.

Już kilka tygodni temu wspomniałam, że niebawem mam imieniny, potem mamy rocznicę ślubu (5!) i że może by tak z tej okazji zegarek mi kupił? No i kupił. ;) Cieszę się jak dziecko. W końcu nie muszę co chwilę zerkać na telefon (a wcześniej szukać go w torebce) żeby sprawdzić, która godzina.

Dobra, wracam do sprzątania... Jeszcze tylko wyprasuję tą zalegającą od tygodnia stertę prania i powkładam naczynia do zmywarki i mam labę. ;)

Wieczorem zapraszam Was na blogową kawkę/wino/wódkę - co kto lubi i kawałek tortu ;)

Sunday, July 21, 2013

Zaczynamy kolejny tydzień.

Uf. Cieszę się, że ten tydzień już się kończy. To zapewne dlatego, że był to kiepski tydzień. W piątek w domu wyglądało jak w stajni Augiasza. No dobra, może trochę przesadziłam, ale serio jakiś taki "lekki syfek" się zrobił w tym naszym mieszkaniu. Wszędzie walały się zabawki, wyprane ciuchy których nikomu nie chciało się ani poprasować, ani poukładać w szafkach. Lodówka świeciła pustkami a nikomu nie chciało się pójść na zakupy... Pogoda przez cały tydzień była kiepska - albo wiał tak silny wiatr, że spacer nie sprawiał żadnej przyjemności, albo padało (albo przynajmniej zanosiło się na deszcz). Nie cierpię takiej niezdecydowanej pogody. No kiepski był ten tydzień, naprawdę.

Weekend już był zdecydowanie lepszy. Już w piątek zrobiłam małe porządki. Sobotę rozpoczęłam od wizyty u mojej dentystki. Dostałam takie znieczulenie, że do 14-stej nie czułam połowy języka i części policzka... ;) A to podobno była tylko połowa dawki, hehe. Znieczulona byłam na całego. ;) No, ale ząb (jeden z wielu nadajacych się do mniejszej lub większej naprawy) naprawiony. W poniedziałek mam kolejną wizytę - leczenie kanałowe. Sama przyjemność. ;) Po dentyście wyciągnęłam moich chłopaków na zakupy, dzięki czemu lodówka w końcu nie świeci pustkami (a mój syn nie narzeka na to, że nawet sera nie ma?! ). Btw. ser to absolutny kulinarny hit dla mojego syna.;) Zrobiłam pyszny obiad (schab w sosie rozmarynowym), a po obiedzie pojechaliśmy na salę zabaw, gdzie Młody szalał całe 3 godziny, a po powrocie do domu grzecznie zasnął. Sam. W swoim pokoju. Bez marudzenia, wołania, 2-giej kolacji ;) itd.





Od jakiegoś czasu w weekendy trochę Młodemu odpuszczam i pozwalam mu siedzieć z nami dłużej. Przez pierwszych kilka weekendów uprcie siedział do 22-giej i padał na kanapie, a teraz sam już najpóźniej o 21 idzie do łóżka bez żadnego marudzenia. W tygodniu oczywiście kładzie się wcześniej, bo najpóźniej o 20-stej - w końcu o 6-tej wstaje.

Dzisiaj niestety cały dzień przesiedzieliśmy w domu. Choć plany były inne. Mieliśmy pojechać na plażę, popuszczać latawiec (ciągle wieje jak...) i zjeść coś na mieście. Nie przewidzieliśmy tylko, że samochód odmówi nam posłuszeństwa (S. złapał wczoraj kapcia, a z racji tego, że w niedzielę wszystkie zakłady wulkanizacyjne są zamknięte, to... pozostało nam tylko siedzenie w domu). Ale nie ma tego złego... Młody zamęczał dziadka zabawą a ja nadrobiłam zaległości w domowych porządkach. Jeszcze jutro poprasuję i mam spokój. ;)

Ten tydzień będę musiała lepiej zaplanować. Zaraz siadam do Outlook'a i zaczynam planowanie. ;) Jakiś czas temu kupiłam na gruperze kupony na 3-godzinny pobyt na sali zabaw i 2-godziny w kręgielni - muszę tylko zarezerwować terminy. No i muszę powoli planować coś na piątek. Mój piekarnik odmawia posłuszeństwa, ale może uda mi się upiec choć jedno ciacho. No i zrobić 1-2 sałatki. Jakby ktoś był chętny do zapraszam w piątkowy wieczór na blogowe ciacho i kawkę, albo i coś mocniejszego ;)

Tuesday, July 16, 2013

No jestem, jestem. ;)

No tak. Wiem. Powtórzę się, ale... przez pracę moja doba niebezpiecznie się skurczyła. Kurczę, ja serio lubię wszystko planować, ale mamy teraz taki okres, że moje planowanie nie na wiele się zdaje, bo jak się okazuje, nie wszystko mogę przewidzieć i zaplanować.

Czasami wieczorem łapię się na tym, że "śniadanie" jem w porze kolacji, albo ze zdziwieniem patrzę w kalendarz i nie mogę uwierzyć że np. za nami już połowa lipca. :/

Czasami też podziwiam samą siebie, że udaje mi się "to wszystko" jakoś ogarnąć - że na stole dobry obiad, w pracy nie siedzę dłużej niż powinnam (a zrobiłam wszystko co miałam), mam czas na zabawy z synem (z okazji wakacji uskuteczniamy 2-3 zadania plastyczne dziennie), na ogarnięcie domu (to akurat z dużą pomocą męża np. nie pamiętam kiedy ostatnio myłam podłogi... od ponad miesiąca robi to za mnie mąż - i nie muszę mu o tym przypominać!) i jeszcze na inne pierdółki (wiecie, ten standard - pranie, prasowanie, układanie ...).

Także jest tak "pół na pół", bo choć z zewnątrz wszystko wydaje się super-dopięte-na-ostatni-guzik to ja wiem, że np. od miesiąca nie miałam chwili umówić psa na strzyżenie, szczepienie i taki ogólny przegląd, że moje kwiaty nie wiem jakim cudem są jeszcze zielone, skoro rzadko kiedy pamiętam o tym, by je podlać itd.

W zeszłym tygodniu udało mi się pójść do dentystki i to, co mi powiedziała, a mianowicie: mam 4 zęby do leczenia kanałowego (wtf? skoro nic mnie nie boli a zęby wydają się być ok?) w tym jeden, który ukruszył mi się cały - idealnie cały, niewiele po nim zostało, oprócz korzenia. Więc albo będę chodzić bez zęba, albo wytrzasnę skądś 1,5 tys na implant. (Coraz bardziej skłaniam się ku temu, żeby jednak pozbyć się tego zęba, bo 1,5 tysiąca mogłabym wydać na nowe meble do sypialni i jeszcze by mi zostało).

Miałam już taką wizję, że moją (wiszącą u nas w przedpokoju) skarpetę z tekstem "zbieram na czesne" zamienię na "zbieram na zęby". Albo w pracy postawię sobie na biurku skarbonkę z tym samym napisem.

W następną sobotę znajomy zaprosił nas na swoje urodziny. Nie mam zielonego pojęcia, co na siebie włożę. Może doznam jakiegoś olśnienia, gdy dostanę pensję i będę mogła trochę zaszaleć. ;)

Dzień wcześniej mam imieniny i ktoś (czyli ja) będzie musiał dzień wcześniej upiec jakieś ciacho (albo i dwa), zrobić sałatkę... Ech... ;)

Tuesday, July 9, 2013

W punktach

Ależ ten czas pędzi... Jakim cudem mamy już prawie 1/3 lipca za sobą? Codziennie zabieram się za napisanie postu, ale efekty są marne... Dlatego dzisiaj w punktach, pokrótce o tym, co u nas słychać.

1. Wczoraj Gabryś pojechał na wakacje do dziadków z L. Podobno bawi się świetnie. W piątek do niego jedziemy i już się nie mogę doczekać, kiedy znów go zobaczę...

2. Z racji tego, że jesteśmy sami, wczoraj pojechaliśmy do kina na Kac Vegas 3. Wiem, że to strasznie płytki film, ale czasami trzeba się trochę "odmóżdzyć"... Mieliśmy czas na mrożoną kawę (to ja) i piwo (to S.), na spacer i na podziwianie widoków. ;)

3. Także wczoraj ukruszył mi się ząb... i to tak konkretnie, bo została ledwo połowa... :/ Nie wiem, dlaczego tak się stało, bo ten ząb już kiedyś mi się ukruszył i był prawie w całości odbudowany. Wychodzi na to, że chyba źle był zrobiony... Już dzwoniłam do dentysty, ale nie ma wolnych terminów i muszę czekać... Mam nadzieję, że nie potrwa to długo... Żeby było ciekawiej, to inny ząb zaczął mnie boleć...:/

4. Dzięki wyprzedażom moja garderoba powiększa się systematycznie. ;) W zeszłym tygodniu znalazłam kardigan i bluzkę, dzisiaj szorty i spodnie. Szok, bo wyjątkowo na tych wyprzedażach nie mam problemu ze znalezieniem swojego rozmiaru. ;)

5. W niedzielę byliśmy w Aquaparku. Szaleliśmy w trójkę prawie 3 godziny. ;) Gabryś chyba mógłby zamieszkać na jednym z basenów, hehe. Tym razem wzięliśmy dla niego kółko do pływania i powoli, małymi kroczkami, uczymy go pływać.

6. Dzisiaj postanowiłam trochę wykorzystać fakt, że po pracy mam całą masę wolnego czasu i zrobiłam drobne zakupy na targu, dzieki czemu mam już zamrożony zapas kopru i szczypiorku na zimę, 2 pierwsze słoiki fasolki szparagowej, a jutro będe robić konfiturę truskawkowo-rabarbarową.