Sunday, July 21, 2013

Zaczynamy kolejny tydzień.

Uf. Cieszę się, że ten tydzień już się kończy. To zapewne dlatego, że był to kiepski tydzień. W piątek w domu wyglądało jak w stajni Augiasza. No dobra, może trochę przesadziłam, ale serio jakiś taki "lekki syfek" się zrobił w tym naszym mieszkaniu. Wszędzie walały się zabawki, wyprane ciuchy których nikomu nie chciało się ani poprasować, ani poukładać w szafkach. Lodówka świeciła pustkami a nikomu nie chciało się pójść na zakupy... Pogoda przez cały tydzień była kiepska - albo wiał tak silny wiatr, że spacer nie sprawiał żadnej przyjemności, albo padało (albo przynajmniej zanosiło się na deszcz). Nie cierpię takiej niezdecydowanej pogody. No kiepski był ten tydzień, naprawdę.

Weekend już był zdecydowanie lepszy. Już w piątek zrobiłam małe porządki. Sobotę rozpoczęłam od wizyty u mojej dentystki. Dostałam takie znieczulenie, że do 14-stej nie czułam połowy języka i części policzka... ;) A to podobno była tylko połowa dawki, hehe. Znieczulona byłam na całego. ;) No, ale ząb (jeden z wielu nadajacych się do mniejszej lub większej naprawy) naprawiony. W poniedziałek mam kolejną wizytę - leczenie kanałowe. Sama przyjemność. ;) Po dentyście wyciągnęłam moich chłopaków na zakupy, dzięki czemu lodówka w końcu nie świeci pustkami (a mój syn nie narzeka na to, że nawet sera nie ma?! ). Btw. ser to absolutny kulinarny hit dla mojego syna.;) Zrobiłam pyszny obiad (schab w sosie rozmarynowym), a po obiedzie pojechaliśmy na salę zabaw, gdzie Młody szalał całe 3 godziny, a po powrocie do domu grzecznie zasnął. Sam. W swoim pokoju. Bez marudzenia, wołania, 2-giej kolacji ;) itd.





Od jakiegoś czasu w weekendy trochę Młodemu odpuszczam i pozwalam mu siedzieć z nami dłużej. Przez pierwszych kilka weekendów uprcie siedział do 22-giej i padał na kanapie, a teraz sam już najpóźniej o 21 idzie do łóżka bez żadnego marudzenia. W tygodniu oczywiście kładzie się wcześniej, bo najpóźniej o 20-stej - w końcu o 6-tej wstaje.

Dzisiaj niestety cały dzień przesiedzieliśmy w domu. Choć plany były inne. Mieliśmy pojechać na plażę, popuszczać latawiec (ciągle wieje jak...) i zjeść coś na mieście. Nie przewidzieliśmy tylko, że samochód odmówi nam posłuszeństwa (S. złapał wczoraj kapcia, a z racji tego, że w niedzielę wszystkie zakłady wulkanizacyjne są zamknięte, to... pozostało nam tylko siedzenie w domu). Ale nie ma tego złego... Młody zamęczał dziadka zabawą a ja nadrobiłam zaległości w domowych porządkach. Jeszcze jutro poprasuję i mam spokój. ;)

Ten tydzień będę musiała lepiej zaplanować. Zaraz siadam do Outlook'a i zaczynam planowanie. ;) Jakiś czas temu kupiłam na gruperze kupony na 3-godzinny pobyt na sali zabaw i 2-godziny w kręgielni - muszę tylko zarezerwować terminy. No i muszę powoli planować coś na piątek. Mój piekarnik odmawia posłuszeństwa, ale może uda mi się upiec choć jedno ciacho. No i zrobić 1-2 sałatki. Jakby ktoś był chętny do zapraszam w piątkowy wieczór na blogowe ciacho i kawkę, albo i coś mocniejszego ;)

No comments:

Post a Comment