No tak. Wiem. Powtórzę się, ale... przez pracę moja doba niebezpiecznie się skurczyła. Kurczę, ja serio lubię wszystko planować, ale mamy teraz taki okres, że moje planowanie nie na wiele się zdaje, bo jak się okazuje, nie wszystko mogę przewidzieć i zaplanować.
Czasami wieczorem łapię się na tym, że "śniadanie" jem w porze kolacji, albo ze zdziwieniem patrzę w kalendarz i nie mogę uwierzyć że np. za nami już połowa lipca. :/
Czasami też podziwiam samą siebie, że udaje mi się "to wszystko" jakoś ogarnąć - że na stole dobry obiad, w pracy nie siedzę dłużej niż powinnam (a zrobiłam wszystko co miałam), mam czas na zabawy z synem (z okazji wakacji uskuteczniamy 2-3 zadania plastyczne dziennie), na ogarnięcie domu (to akurat z dużą pomocą męża np. nie pamiętam kiedy ostatnio myłam podłogi... od ponad miesiąca robi to za mnie mąż - i nie muszę mu o tym przypominać!) i jeszcze na inne pierdółki (wiecie, ten standard - pranie, prasowanie, układanie ...).
Także jest tak "pół na pół", bo choć z zewnątrz wszystko wydaje się super-dopięte-na-ostatni-guzik to ja wiem, że np. od miesiąca nie miałam chwili umówić psa na strzyżenie, szczepienie i taki ogólny przegląd, że moje kwiaty nie wiem jakim cudem są jeszcze zielone, skoro rzadko kiedy pamiętam o tym, by je podlać itd.
W zeszłym tygodniu udało mi się pójść do dentystki i to, co mi powiedziała, a mianowicie: mam 4 zęby do leczenia kanałowego (wtf? skoro nic mnie nie boli a zęby wydają się być ok?) w tym jeden, który ukruszył mi się cały - idealnie cały, niewiele po nim zostało, oprócz korzenia. Więc albo będę chodzić bez zęba, albo wytrzasnę skądś 1,5 tys na implant. (Coraz bardziej skłaniam się ku temu, żeby jednak pozbyć się tego zęba, bo 1,5 tysiąca mogłabym wydać na nowe meble do sypialni i jeszcze by mi zostało).
Miałam już taką wizję, że moją (wiszącą u nas w przedpokoju) skarpetę z tekstem "zbieram na czesne" zamienię na "zbieram na zęby". Albo w pracy postawię sobie na biurku skarbonkę z tym samym napisem.
W następną sobotę znajomy zaprosił nas na swoje urodziny. Nie mam zielonego pojęcia, co na siebie włożę. Może doznam jakiegoś olśnienia, gdy dostanę pensję i będę mogła trochę zaszaleć. ;)
Dzień wcześniej mam imieniny i ktoś (czyli ja) będzie musiał dzień wcześniej upiec jakieś ciacho (albo i dwa), zrobić sałatkę... Ech... ;)
No comments:
Post a Comment